poniedziałek, 4 sierpnia 2014

The Sun don't shine without you

Słońce nie świeci gdy Ciebie nie ma obok mnie. Nie muska delikatnie skóry promieniami. Robi się chłodno, mimo przeraźliwego upału. Choć nie ukrywam, czasem dobrze gdy zamarzam. Bieguny się  nie gniewają, robi się ciemno znikasz, ja marznę. Wracasz i się topię. Epoka lodowców zażegnana na ten czas. Chyba żyję. Po latach ledwie zauważalnej egzystencji  okazało się to niemalże przyjemną odmianą.
Co jeśli umrę? To nic. Naprawdę nic. Najważniejsze jest przy umieraniu, by nie żyć przez 78 lat każdego roku tak samo, każdego dnia jako ten sam zwykły człowiek.
Przyjemność i ból. Znowu jedno nie wyklucza drugiego. Może nie istnieje jedno bez drugiego jak słynna przeciwność dobra oraz zła?
Na miłość i szczęście trzeba sobie zasłużyć. Ale po to mamy życie, by dostać szansę, postarać się. Słońce nie wyjdzie zza chmur, jeśli kurczowo będziemy się ich czepiać, zasnuwać za każdym razem gdy ktoś osuszy krople deszczu spływające po policzku.


Will Heard

sobota, 2 sierpnia 2014

in love with a dying man

''Nie można kogoś kochać, jeśli najpierw nie pokochamy siebie.'' Bzdura. Jedno nie ma prawa wykluczać drugiego. To niczego nie zmienia, może w najgorszym wypadku powodować problemy innego wymiaru.
Tyle słów, których nie sposób już ubrać w myśli. Dotyk, który postradał dźwięki. Smutno mu, bo zniknął. Wygasł, nawet mechanicznie nie można go przywrócić, jeśli nie użyjesz odpowiedniego klawisza. Samotność nakręca lęki i fobie. Czasem wystarczy odwagi by zmusić się do rzeczywistego starcia. Zawsze wtedy kogoś brakuje. By głaskał po dłoni gdy ta rozpocznie swój rytuał delikatnych wstrząsów, by bawił się włosami i od czasu do czasu zaplatał warkoczyki jak dla małej dziewczynki. To zawsze jest ktoś inny, w przeciwieństwie do Niego. Tak zawzięcie i wytrwale mi towarzyszy, aż drażni. Nie pozwala samej ruszyć się choćby na krok. Szczególnie krok do przodu. Jednak zdarza mu się pociągnąć w tył, dla samej iluzji spadania w pustkę przyszłości. Nie ma przyszłości bez dnia dzisiejszego. Zbyt wiele planów, za mało teraźniejszości. Brakuje życia. 

środa, 30 lipca 2014

e-moll

Krótka chwila na zastanowienie się i już jest. Dziwie się tej łatwości, że tak szybko do mnie tu przychodzi. Ludzie mogą być wydarzeniami, mimo pewnego okresu trwania znajomości. Dlatego tak miło jest gdy  ktoś staje się ciepłym promieniem Słońca. Muska delikatnie skórę słodkimi słowami aż chichoczesz. Chichoczę jak mała dziewczynka.
Już nie jestem sobą w sobie. Jestem mną.
Czasem poznajesz kogoś i przedstawiasz starą siebie. Potem okazuje się, iż coś pozytywnego kliknęło i jest po prostu najzwyczajniej w świecie dobrze. Nie trzeba udawać by osiągnąć nieosiągalną, wręcz abstrakcyjną perfekcję .Jest otwarcie i swobodnie. Z mniejszym strachem nieco lżej. I już jestem nowa. Nowa na nowo. Nowa inaczej w nowej nowości.
Podaj mi swoją dłoń, chcę Cię dotknąć, poczuć. Nie pozwól mi zwątpić w Ciebie ani w siebie. Bądź mym przyjacielem, przytrzymaj gdy się potknę bym nie wpadła w przepaść nicości.
Zaraz będziemy świętować nasze pół roku. Mam nadzieję, że się stęskniłeś.
To tylko pozory. Wydaje nam się, że wszyscy są tacy szczęśliwi, niczym nie strudzeni. Nic bardziej mylnego. Każdy z nas nosi na swoich plecach własną historię, która go ukształtowała.
Niektórzy po prostu zbyt często oglądają się za siebie.
Z tonacji e-moll przechodzimy do E-Dur.

sobota, 19 lipca 2014

being mine

Ból chce abyśmy go ciągle odczuwali. Przeciwnie do życia, które czasem nie chce byśmy nim rzeczywiście żyli. Przypuszczam, iż trafiły mi się obie z powyższych przypadłości.
W każdej głowie znajduje się miejsce na cudze myśli. Trzymałam je zamknięte, lecz oto niegrzeczne stworzenie wydostało się na wolność. Zawleczka wodospadu myśli została uwolniona.
Blisko to wciąż za daleko. Ponawiany uścisk, jak gdyby blisko nie było bliskim wystarczająco. Bo nie było. 

sobota, 28 czerwca 2014

Fallin

Ja i smutek, albo my ze smutkiem, nie wiem jak to lepiej określić, ale bardzo mocno się przyjaźnimy. Zapracowaliśmy na tak silną więź, mimo małych przeszkód w szczęśliwych chwilach ulotnych. Jest nam razem tak błogo i cudownie, dlatego na myśl, że kiedyś rzeczywiście przyjdzie pora by się rozstać, ogarnia mnie przerażenie. Będzie tak pusto, wesoło i radośnie. Czyli zupełnie nie po mojemu. Ogień każe marzyć, rozwijać się, ruszać do przodu bo smaga swymi gorącymi językami; zaś Lód pozwala zastygnąć, trwać, cierpieć i przeżywać. Ogień i Lód nie lubią chodzić w parze, co nie znaczy, że tak się nie dzieje - bo oto jestem. Niektórzy nakręcają się robiąc komuś przykrość. Ja nie. Druga Ja też nie. Dobrze jest kogoś inspirować, uczyć czegoś nowego, oddziaływać wzajemnie na siebie. Może do egoizmu trzeba dorosnąć.  Może. Ale równie dobrze można z niego wyrosnąć. Po prostu chodzi o rosnąć. Dorastanie w różnych ujęciach. Co z tym egoizmem w końcu? A to, że mój mnie przerósł i stał się pseudonimem. Stoję ja, obok mój cień, z drugiej strony ego, za mną ciemność,  na wprost przepaść. Też całkiem ciemna.
Gdybym codziennie siadała na zewnętrznej stronie okna jakiegoś budynku dajmy na to, wiem, że w końcu bym skoczyła. Bo to kwestia wyboru. Brakuje sensu w zwykłym przetrwaniu, to ciągłe upadanie. Albo czołganie się. Ledwo, ledwo, ostatkiem sił, ale niby do przodu. To metafora mojego życia. Tego prawdziwego. Wyobrażenia i sny zostawiam w szufladzie, nie pora na nie.
Poprosić o pomoc to nie taka straszna sprawa jak chcielibyśmy, by była. Nie dostać jej, nie spełnić swoich oczekiwać - to gorsze. Szczególnie przerażające gdy się na nią tak długo wyczekuje, a ona nie nadchodzi. Gdzie jesteś moja droga? Wiedziałam, iż cenisz się wysoko lecz sądziłam ''mogę sobie na nią pozwolić''.
Na niewinność, beztroskę, a co dostałam? Przyjaciela. Powszechnie nazywany Diabłem, ale pieszczotliwie z premedytacją unikam nazywania Go po imieniu. Okazał się okropnie zaborczy. Zostałam ubezwłasnowolniona, On nie widzi problemu, ani nie czuje winy. Nie dziwię się. Kiedy ma władzę nad istotami, to czymże jest poczucie winy? Zdarza mu się o mnie zapomnieć, wtedy to ja odzyskuję pamięć i pragnę ratować to co utraciłam. Na próżno. Z Piekła się nie wychodzi samemu. Na to potrzeba ofiary.
Sko[ń]czyłabym. 

sobota, 21 czerwca 2014

Paper aeroplane

Co jest obiecującego w lataniu? Że zawsze, ale to zawsze wylądujesz na ziemi.
Czasem po prostu jako milion kawałków.  Nazywam się Milion. 
Może gdybyś pozwolił się kochać, ale tylko może, mielibyśmy szansę? Widzę jak ledwo trzymasz moją dłoń, swobodnie układasz usta do kłamstw, każesz mi się Ciebie bać, ja posłusznie się nie buntuje.
Myślałam, że jak będę bardzo chciała to wystarczy dla nas dwoje.
Nie wystarczyło. Nie widziałam, żebyś się starał. Ale gdybyś tylko pozwolił mi... Chyba jeszcze się nie pożegnaliśmy i doczekam owego pozwolenia.
Sen to życie duszy. Dlatego nigdy mi się nie śnisz. Mam resztę doby dla Ciebie. Nie. Dla Niego.                 Dusza. Czymkolwiek by nie była -  Chronię ją jak tylko mogę, Ty masz tylko ciało i umysł. Ty czy On?
 I wcale nie rozważałabym tego w kwestii porażki. Ah, kogo chcę teraz  oszukać. Kogo ułaskawić? Zapewne tylko Jego. I siebie przy okazji nieco usprawiedliwić.
Zostawił zimny dotyk na ciele. A mimo to myślałam, iż gdzieś tam w środku trzyma ciepło. Jak głęboko schował swoje dobro? Nie wiem czy mogę je odnaleźć.
To Ty układałeś siłą moje ręce bym dłońmi oplatała Twoją szyję. a to On mnie udusił.
Nie było lądowania awaryjnego.

Everything is Embarassing

czwartek, 19 czerwca 2014

kill your darlings

Nie pozwól sobie umrzeć. Możesz tego chcieć, marzyć, lecz nie pozwól sobie. To byłoby przerwanie Twojego koła. Życie jest kołem rysowanym bez cyrkla. Masz plan, że będzie idealne. Chcesz dobrze zacząć, starasz się by było równe. Coś poszło nie tak, ręka się obsunęła i wyszedłeś poza niewidzialną linię. Trochę Cię to zniechęca, ale mówisz sobie, trudno, dokończę. Zwykle bardzo ciężko jest wycelować w punkt wyjściowy. Bo śmierci nie możesz sobie ustawić, poprawić, ani dokładnie wymierzyć.

Szarpie, poprawiając na mocniejszy uścisk nadgarstków by ponownie mną potrząsnąć. A ja się nie budzę. Udusił mnie swymi kłamstwami. Magiczne słowa mnie uratowały. Pocałował na pożegnanie tak, jakbyśmy się mieli jeszcze kiedyś zobaczyć. Ja go widuję dość często. Jest moim bólem, ogniem, każdą łzą i każdą zaciśniętą pięścią. Sztucznym uśmiechem i głupim wzrokiem. Cały mój, aż po koniuszki palców. A ja jego, choć w zasadzie całkiem niczyja. 

czwartek, 5 czerwca 2014

Melody

Co mnie uratuje?
Uratuje tak w ogóle?
Spersonalizowana grawitacja trzyma mnie w IX kręgu. Za blisko czy za daleko od Niego? Idzie moim śladem, ciągnie sznur miłości. On na pewno tu jest. Jest we mnie. Zaciska pięści i zapełnia myśli.
Do ilu mam policzyć byś zniknął?  To sztuka być lękiem.  Szczególnie moim. Pieśń lękliwa budzi lęk, a ja gram.

Patrzą na mnie,
więc pewnie mam twarz.

Ze wszystkich znajomych twarzy 
najmniej pamiętam własną.   / M. Białoszewski 



Jego też nie pamiętam. Ale to nic, wielorazowość myśli o Nim doprowadziłoby jego ego do takiej euforii, że z porównaniu z tym, Himalaje okazałyby się pagórkiem. zaledwie tak. 

Masz w swoich marzeniach wizję wizji. Wyobrażenie cudzych wyobrażeń. Chciałoby się przelać te pragnienia w dusze obcych nam ludzi. By gładził dłonią policzek przy pocałunku, by wodził palcami po skórze, by akceptował smutek, by mówił pięknie i równie pięknie myślał. By był niezużyty, bo co jeśli  można kochać raz za mocno? Tak, że nie starczy prawdziwego uczucia na kolejny pseudomiłosny przypadek? By dominował i rzucał pionkami o ścianę, by się głupio nie uśmiechał, by nie robił na złość, ale złościł i frustrował. By nigdy nie dotykał jak Jego poprzednik. By nie był poprzednikiem. Żeby kochał i nienawidził, bo jedno uczucie może się wypalić i nic nam wtedy nie zostanie. 

środa, 21 maja 2014

Lie to me

Problem dwóch biegunów polega  na tym, że nigdy nie wiesz kiedy się zmienią, jaką postać tym razem przyjmą. Dlatego tak wiele trudności sprawia radzenie sobie z tym. Wypominam sobie, że miał rację. Co do tej mojej naiwności. Czasem nachodzą mnie niesamowite chęci przepełnione odwagą z nieznanego źródła, by z Nim porozmawiać i pogratulować tej racji. Wiem, że nie przejąłby się tym wcale, pewnie nawet nie pokusiłby się o wyśmianie mnie. Dlatego moje niesamowite chęci przestają być tak niesamowite kiedy zdaje sobie sprawę z idiotyzmu sytuacji.
Dzisiaj udało mi się nie pomyśleć w drodze ze szkoły do domu o tym, którego imienia nie wolno wymawiać. Tylko po to by za chwile wypowiedzieć je z odpowiednią dozą nienawiści. Albo nie. Raczej strachu. Zbliżam się już do tysiąca scenariuszy. Nie wiem nawet już do czego mam to porównać. To nie jest już kwestia bólu.
Pułapka umieszczona w klatce.
Każdy Diabeł chwyta swoją wybrankę za nadgarstki by nie wyrywała się gdy szepcze jej do ucha kolejne kłamstwa.
Który to biegun?

poniedziałek, 5 maja 2014

Catedral de Notre Dame de París

Niektórzy pojawiają się w życiu właściwie tylko po to by...się pojawić. Nie by przyjść, pobyć, zostać. Tylko mignąć chwilą niczym piękny owad, który za sekundę zniknie. Są jak cudowna melodia, bo na nią składają się pojedyncze dźwięki. One same w sobie nie dla każdego będą piękne. Lecz całość? Coś niesamowitego. Człowiek jest utworem. Dzieciństwo na wzór preludium. Bywa trudne, ale każdy sobie z nim może poradzić. Potem jest wojna. To jak rzucić trzylatka na Fugę i Toccatę D-moll Bacha. Utopi się. Zginie przy pierwszych dźwiękach. Wyłącznie silni, wytrwali i cierpliwi mogą przez to przejść. Przychodzi pora na grę a vista. Nie jesteś przygotowany, widzisz to pierwszy raz na oczy, nie masz chwili by przećwiczyć, a musisz zacząć grać. I grasz. Lepiej lub gorzej, ale naprawdę grasz. Życie nie przyniesie Ci niczego, czego byś nie mógł udźwignąć. Na koniec - piszesz własny utwór. Dotąd odgrywałeś czyjeś dzieła, uczyłeś się schematów, błędów innych, czerpałeś cudzą wiedzę. Teraz nadszedł czas by skorzystać należycie z owego dorobku i stworzyć coś własnego.  By upewnić się czy robisz to dobrze, zadaj sobie jedno pytanie; Czy gdybyś mógł mieć czyjąkolwiek osobowość i życie, wybrałbyś właśnie siebie?